Jak odróżnić zwykły smutek od depresji?

Czy to już depresja? Na to pytanie mógłby odpowiedzieć psycholog lub psychiatra – i to zapewne dopiero po dokładnym zapoznaniu się z Twoim przypadkiem. Przydatny jest wtedy DSM lub ICM, które dokładnie określają warunki, które należy „spełniać”, by zdiagnozować depresję.

Ale broń Boże, nie będę bawić się w eksperta. Spróbuję Ci jednak dać kilka wskazówek co do tego, kiedy to jeszcze naturalny smutek, a kiedy powinnaś/powinieneś zastanowić się nad swoim stanem. Nieśmiało wskażę Ci drogę i opowiem o swoich doświadczeniach – po raz kolejny. 

Twoje przeczucia a depresja?

Po pierwsze, jeśli zastanawiasz się, czy Twój smutek mieści się jeszcze w „normie”, to powinna Ci się zapalić lampka ostrzegawcza.

Ktoś, kto nie ma problemu z piciem, nie wpadnie nawet na pomysł, by zastanawiać się nad faktem, że może pije odrobinę za dużo (choć alkoholik też na owy pomysł bardzo długo nie wpada), ale zakładamy, że jesteśmy dość świadomi samych siebie. Jeśli więc wpadamy na taki pomysł, coś jest nie halo.
Jednak lampka ostrzegawcza wciąż jest tylko małą, czerwoną żaróweczką. Ileż razy w życiu ją lekceważymy i kończyn nie urywa.
Ja sama, tyle lat zmagając się ze smutkiem, jestem (w jakimś stopniu) w stanie rozpoznać, kiedy mój smutek jest jeszcze całkiem spoko uczuciem, które przeżywa każdy z nas, a kiedy zaczyna być objawem. 

Zwykły smutek czy już depresja?

Wszystko sprowadza się do tego, czy przygnębienie pozwala Ci normalnie funkcjonować. Czy nie pogorszyły się Twoje oceny, czy nadal dobrze radzisz sobie w pracy, czy wciąż utrzymujesz kontakty ze znajomymi i przyjaciółmi, czy widzisz sens w swoim życiu, nawet jeśli tymczasowo (tylko tymczasowo) zasłoniły go nieprzyjemne wydarzenia. A jako, że przytrafiają się one niestety wszystkim, smutek jest czymś naturalnym. Z czegoś naturalnego może się jednak stać chorobą.
Trzeba się więc zastanowić, czy przygnębienie, które czujemy, jest jak ból po lekkim skaleczeniu, ma racjonalny i logiczny powód – i nie trwa zbyt długo – czy może jest jak nieustanny, mniej lub bardziej nasilony, ból brzucha. Nie bardzo jest z tym co zrobić i już nawet nie znamy przyczyny tego, dlaczego boli.
Tutaj warto wspomnieć o dystymii – pewnym rodzaju depresji, które – w największym skrócie – charakteryzuje się lekko nasilonym przygnębieniem, smutkiem, rezygnacją, która jednak nie przynosi efektownych zmian w zachowaniu i w życiu, ale bywa uciążliwe.
Wiecie, taki wieczny gbur, który jednak wstaje z łóżka i idzie do roboty, ale żadnej przyjemności ze swojego żywota nie ma.
By zdiagnozować dystymię taki stan rzeczy musi trwać co najmniej pół roku.
Dystymię bardzo trudno się diagnozuje i nawet doświadczeni specjaliści mają problem z diagnozą, bo często dystymia jest mylona właśnie z naturalnym smutkiem. 
Warto więc siebie obserwować, zaglądać do swojego wnętrza i nie wahać się, by pójść po pomoc lub choćby po to, by upewnić się, że to ból po skaleczeniu, nie przez pękającą duszę (że tak sobie pozwolę użyć poetyckiego epitetu).
Zdaję sobie sprawę, że pewnie nie takiego rodzaju informacji się spodziewaliście, ale to wszystko, co mogę Wam z pełną odpowiedzialnością napisać. Nie chcę gdybać i mamić Was prostą odpowiedzią, bo taka zwyczajnie nie istnieje. Każdy z nas jest unikatowym użytkownikiem i tylko po zapoznaniu się z naszym życiem, można by pokusić się o jakieś wnioski i diagnozy.
Pamiętajcie, że możecie do mnie pisać na facebooku i instagramie (@hejdepresjo)
Nie obiecuję, że Wam pomogę, ale z chęcią wysłucham. 

Zostaw komentarz